luty5

Na wszystko przychodzi pora...

dodano: 5 lutego, 21:45 przez wiolamyszka


Na wszystko przychodzi pora :) Moja córka udowadnia to każdego dnia, udowadnia to każdą nową umiejętnością. Na początku nie potrafila podnosić główki- i już zaczęłam się "podmartwiać", a tu pewnego pięknego dnia, z dnia na dzień zaczęła podniosić głowe. Później człowiek myślał jak to będzie z raczkowaniem, siedzeniem, chodzeniem itp itd i to wszytko "tak o" po prostu zaczeła robić, potrafi i już. Tak z dnia na dzień zaczeła. I tak samo jest z  z jej nowymi umiejętnościami. Jeszcze miesiąc temu nie potafiła pić z kubeczka (czy z tego z dziubkiem czy z normalnym- oczywiście niekapki- tak dla "bezpieczeństwa"), a wczoraj dostała do ręki oba rodzaje kubków i z obydwu potrafi pić. Takie "czary mary".

Zosia trenuje nakładanie/ nabijanie na widelec, nabieranie kaszki. Swoje chodzenie też doprowadza do perfekcji- choć okupione masą siniaków i guzów... Ona jest jak ten króliczek z tej reklamy duracell. Biegnie- przewraca się- podnosi- biegnie dalej ;) Byle chodzić, chodzić, chodzić... Wczoraj jednak jej nauka chodzenia skończyła się "tragicznym" upadkiem. Po powrocie z dworu (śnieg, buty), staneła w pokoju w butach i chciała zrobić krok... No i... Zrobiła... Przewróciła się i uderzyła czołem w swoje łóżeczko ;/ Było trochę płaczu, ale później wróciła do swojego rozrabiania i gadania... Jestem tego zdania, że dziecko  "powinno" nauczyć się przewracać i wstawać, choć czasem chce ją złapać- bo wyjątkowo może to być groźne, to nie potrafię, nie zdążę... Na koncie ma już upadek z własnego łóżeczka (jak tata przekładał szczebelki i zośka weszła do środka i spadła- do tyłu- takie "fik" do tyłu z radości), dodatkowo ma na koncie upadek z naszego łóżka- ale tu udało się mi ją złapać. Przytrzaśniętych paluchów, miliona uderzeń głowy w stół, w drzwi balkonowe itp itd nie liczę.

Zębów ma 12. Jedynki, dwójki i... Czwórki... A gdzie są trójki? Choć wydaje mi się, że dziąsła ma podpuchnięte.

 

A jak urlop? Hmmm... Nie było sielankowo. Nie całowaliśmy się do utraty tchu codziennie i nie byliśmy przez całe siedem dni zgodni we wszytkim. Nawet mogę powiedzieć, że się całkiem dobrze sprzeczaliśmy. Ale konflikty szybko się kończyły. Postanowiłam jasno i tak robiłam (i tak zamierzam dalej robić- no na ile się da). Mąż pomagał w sprzątaniu (albo inaczej- idąc na zasadzie jak się nie posprząta to zgniemy w tym brudzie...) i to ja pomagałam w sprzątaniu. Raz zdarzyło się, że ja ogarnełam całe mieszkanie, ale to dlatego, że jak nigdy zajmował się małą i obiad gotował i stwierdziłam, że jak on tak (z sercem) to i ja też. Więc mała przez cały tydzień miała tatę dla siebie. Gadali, bawili się, wygłupiali, marudzili na mnie RAZEM!! RAZEM NA MNIE NARZEKALI- ŻE SIĘ CZEPIAM, ŻE CIĄGLE KRZYCZĘ ITP Codziennie wspólne spacerki. Tak czy inaczej postanowiłam, że przestanę "wyręczać" męża i to on swoje sprawy będzie zalatwiał i (choć pradopodobnie ma astmę- a musi to potwierdzić u alergologa, no... i trzeba się zarejestrować..) ja od dwóch czy trzech tygodni palcem nie tknęlam. To, że musi odebrać odebrać badania krwi, powiedziałam raz- że "w poniedziałek są wyniki i musisz się zarejestrować". Usłyszał, niemota- chyba- nie jest. Wie co ma zrobić. Ja palcem nie kiwnę. I tak twardo postanowiłam, że nie będę się tak spinać. Nie umyje garnków to ja za niego tego nie zrobie. A jak się wkurzę to będę myć tylko sobie talerz (jak będzie potrzeba miseczkę) jeden widelec, kubeczek (no i oczywiście Zośce), a reszta niech stoi- zobaczymy kto "wygra". Na szczęście jak narazie mąż się poddaje. Tak czy inaczej... Czy urlop mi wystarczył, aby nacieszyć się mężem? Może ciut za mało, ale dobre i to ;)

Czy miałąm tego swojego "starego chłopaka"? Gdzieś tam go miałam. Wieczorami się uaktywniał- zwłaszcza wczoraj- tyle ciekawostek, kawałów i tak luźnego to dawno go nie wiedziałam. Po tym co Wam napisałam o moim małżeństwie. To później (tego samego wieczora) stwierdziłam, że rozmowy nie przynoszą skutków, wyrzuty, czepianie i tłumaczenie też nie przynoszą skutków i napisałam smsem memu mężowi, tą ostatnią część "że kocham tego starego chłopaka i że mi brakuje tego starego faceta"- przepisałam to co tam napisałam. A z rana (o 4 czy 5) mąż wrócił i zamknął się w kuchni. Sprawdziłam godzinę, ale okazało się że mam smsa od męża (taaaak... jak dzieci... smsami się porozumiewają, ale on nigdy nie potrafi rozmawiać twarzą w twarz). Odpisał mi, że on gdzieś w środku dalej jest taki, że dalej się taki czuje, ale że ciągle są jakieś kłopoty, że jest jemu cieżko, że chciałby zmienić prace, ale się boi- bo co sie stanie jak się niepowiedzie. Że nas kocha nad życie (że bardziej zośkę- no ba! Oczywiście że ją mocniej się kocha hihi) i że on bardzo by chciał żeby było tak jak kiedyś, ale narazie nie potafi być taki jak kiedyś. I ja go rozumiem, ale tego ranka posłał mi ten stary uśmiech- ten uśmiech starego wojtka. Był taki otwarty- taki on. Dużo myślę o nas, o naszym małżeństwie. Jak coś "nowego" wymyśle, to napiszę.

 

No i ostatnio spóźniała mi się miesiączka. Tydzień czasu! Poszłam do ginekologa (przydałoby się odebrać wyniki z listopada- ale oczywiście za dużo na głowie- wiecie ile się u mnie dzieje i działo) i postanowiłam pójść do lekarza. Jak lekarz zobaczył wyniki to omało z krzesła się nie przewrócił. Mam straszne zapalenie! Przepisał jakieś antybiotyki. Choć ja i tak się bardziej martwiłam "czy aby ja w ciąży nie jestem"- mimo spirali. Jak powiedziała to lekarzowi to zacząl się ze mnie śmiać. "Przecież masz spirale, jesteś zabezpieczona", co skwitowałam krótko: "wie pan... Ja nie chce być tym fenomenem z pola testowego- jedna na sto co zaszła w ciąże". Zaczął się śmiać, zbadał mnie i powiedział, że nie jestem w ciąży. A ja! Jak to każdy polak po podstawówce- wiem swoje i wiem, że nie tak łatwo stwierdzić ciąże tak wcześnie i postanowiłam, że zrobie test ciążowy. Ale nie zrobiłam, bo kasy nie było. Tak to wszystko mój umysł zmanipulowało, że zaczęłam mieć zgagę, mdłość, zaczęłam być senna, zaczełam mieć nastroje i w ten sposób... Po ponad tygodniu (dziś) dostałam tą miesiaczkę :) Wszystkie obiawy przeszły, a i ile energii dostałam ;) Żeby nie było! Ani ciąży, ani tego, że jestem taka młoda, ani porodu się nie boję. Tylko tego, że mnie nie stać na dziecko. Bo jeśli będę miała pieniądze i pojawi się "nagła niespodziewana niespodzanka"- to będę się cieszyć- nawet z dziesiatki takich niespodzianek ;)

 

Co do urodzin, to nie będę się jeszcze wypowiadać, bo dużo może się zepsuć, a humoru nie chcę tracić. Będą balony, serpentyny, tort, kurczak, rosół, ale nie wiadomo czy wszyscy będą.

 

Aaaa... No i mąż znów na nockach i nie wiadomo czy kolejnego tygodnia nie będzie na nockach- ze swojego wyboru- bo tłusty czwartek- a on w tłusty czwartek woli na noc pracować. Aaaaa... no i dzis zrobił ciastka francuskie z jabłkami (ew. z cynamonem- jak ktoś lubi)- takie przymiarki przed otwraciem własnej firmy- co potrafi, co chce tam robić itp :D

No i przez te słodkości na wadzę przybralam- bo mój ogranicznik się wyłączył ;( Przez cały tydznien, jakieś ciastka, eklerki, ciasta... Boże!! Oszleć można. Same cudowności w domu i ich nie tknąć? Ale znów się zabieram za siebie. Obiecuje ;) hihi Ale z kawą się trzymam :D Moje obiecane 3 dziennie się trzymam :D Czasem nawet są 2 dziennie :D

 

Buziaczki dla was :D Pozdrawiamy! Słodkożerna Wiolai poobijana Zosia ;)

 

P.S. Trochę sie tego uzbierało, ale mam nadzieje, że względnie zwięźle opisałam wszystko :D




Dodaj do:


Komentarze moga dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto


Odpowiedzi moga dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto


Wasze komentarze

zgłoś
elenkaa3 6 lutego, 15:48 elenkaa3 napisała:

Ja biorę tabletki ale jak tylko okres mi się spóźnia to tez dostaje świra... w tym miesiącu tez tak było heh ;)) Widzę ze na razie chociaż trochę powrócił twój stary Wojtek będzie ok zobaczysz u nas tez ostatnio było dużo kłótni i tez nie mam starego Tomka a potrzebuje tych przytuleń całusów a tak ich mało :( ehh ale są i dobre dni dziś wstał on do Michała a ja mogłam chwile pospać dłużej :) tez dopada mnie zmęczenie :( ale dajemy rade ;** 3maj się ;**


zgłoś
TheLittle 6 lutego, 17:59 TheLittle napisał:

Mi dopiero przyjdzie wyglądać tych wszystkich nabywanych z dnia na dzień umiejętności Małej. Życzę Zosi by swe kolejne umiejętności nabywała bez siniaków i otarć, by szło jej wszystko gładko :) Ja dla przykładu się już zastanawiam czy mój mały Skarb w Boże Narodzenie dojdzie sam po prezent do choinki:)


zgłoś
TheLittle 6 lutego, 18:01 TheLittle napisał:

Borykam się z tym samym problemem co Twój Mąż, też myślę o zmianie pracy ale są obawy. Mimo że w obecnej nie jest kolorowo to jednak jest i kasę płacą na czas a to ważne. Czy warto podjąć ryzyko i iść do nowej? Nie wiem, walczę z myślami. Pozdrawiam Was Ciepło, trzymajcie się, nie jesteście sami w tej naszej polskiej codzienności.


zgłoś
wiolamyszka 6 lutego, 20:06 wiolamyszka napisała:

To tak jak mój mąż... Kolorowo nie jest, jednak te (ważne) pieniądze są na czas- co do minuty. Prace chce zmienić, bo się męczy, ale się boi- jak to mówisz: są obawy (a jak mniej będzie płacił, a jak nie będzie placil, a jak będzie gorzej, a jak straci pracę...). Dziękuje w imieniu Zośki za życzenia :D Choć wątpie, że bez przewracania się obejdzie ;) Poprostu jest "za szybka". A Twój skarb już niedługo to wszytko nabędzie- w ciągu roku :D