Pora nadrobić zaległości :D ;) A dzieje się tak dużo....

Mała Zośka rozrabia do granic możliwości i wymyśla coraz to nowsze głupoty... Najadła się sudokremu ;) Przedwczoraj czy trzy dni temu zostawiłam ją na chwile z wiadrem wody i odkurzaczem- NA CHWILE!!!- i odkurzała wodę z wiadra ;) Oczywiście malowanie paneli (długopisami, mazakami,...) jest na porządku dziennym :) I jej nowe słowo.... "ELO!!" Chyba za dużo hip hopu słuchamy :D Bo podczas jednej z piosenek zaczęła śpiewać razem z wykonawca... I na fragment: "Przyjaciołą Elo"- zaczęła śpiewać ELO, ELO, ELO ;) Jak to usłyszałam to popłakałam się ze śmiechu :) Oczywiście otwieranie szafek i wyciaganie WSZYSTKIEGO jest dzień w dzień :) No i ma swojego nowego przyjaciela ;) Kupiliśmy chomika. JEDNEGO TYM RAZEM. Ale my chyba szczęścia nie mamy i chomik na nas warczy, burczy- agresywny. Normalny chomik bojowy ;) Za to Zośka się z nim nie szczypie i dzień w dzień: "Buch!!! Palca w paszcze chomikowi!"- zwierze najwyraźniej jest w szoku bo ani drgnie, A NA MNIE TO SIĘ RZUCA!! Jak nie patrząc. Zakochana jest w stworzonku strasznie. Wszystkie najlepsze zabawki przynosi i "pcha" jemu przez kraty ;) Nie pomagają proźby i tłumaczenia, że zwierzątko się boi itp No i bardzo płacze i marudzi jak nie może oglądać swojego zwierzaczka :) A 28  marca idziemy z Zosią do dentysty ;) Ciekawe co z tego wyjdzie :D Próbuje przestawić ją na jedną drzemkę dziennie, ale ona nie daje rady na jednej drzemce :/

Z gorszych rzeczy, to jak większość wie. Zośka w środe- tydzień temu o 16 dostała gorączki ponad 38 stopni i lekką biegunkę. W przychodni nie chcieli nas przyjąć :/ Takiego rabanu i dymu to ja w życiu nie narobiłam. Ale jak oni tak do człowieka to dlaczego ja mam być grzeczna i przytakiwać głową? :/ Z resztą... Mało ogarnieta przychodnia- zwłaszcza pielęgniarki!! Nigdy nic nie wiedzą, o wszystko się pytają, marudzą i w niczym nie chcą pomóc pacjentowi. O ile sprawa mnie dotyczyła, to oko przymykałam, ale jak Zośka rozpalona, markotna to już nie mogłam pobłażać... Lekarka która nas przyjeła stwierdziła, że nie wie co to może być, że za wszcześnie żeby coś stwierdzić. Kazała obserwować małą i podawać leki przeciwgorączkowe. Na noc mąż poszedł do pracy, a ja o 20 zasnęłam jak dziecko, w ciuchach bez przykrycia. O 22 obudziło mnie ciche pojękiwanie i jak się okazało Zosia miała gorączke :/ Pomimo kolejnej dawki leku przeciwgorączkowego o godzinie 12! temperatura doszła do ponad 39! Zadzwoniłam do pracy meża i przedstawiłam sytuacje-  w moim mężu odezwał się stary zew wagarowicza- nazwyczajniej w świecie zwiał z pracy i zawiózł nas do szpitala. W szpitalu stwierdzili, że to jelitówka. Podawać leki przeciwgorączkowe, zbijać gorączkę, podać smektę,.... Mąż podwiózł nas do domu, a sam wrócił do pracy (NIE UWIERZYCIE! NIKT SIĘ NIE ZORIENTOWAŁ, ŻE MÓJ MAŻ ZWIAŁ :-D Wiedzieli tylko jego koledzy, a do szefa dalej to nie dotarło- choć nocami siedzie na kamercha zakładu i dyryguje co mają robić, czego nie robić, że coś sknocili- a tego dnia nie zauważył). Zosia po 1 w nocy zjadła mleczko i zasnęła razem ze mną :) A już o 3.30 aż podskoczyłam- była tak rozpalona i zaczęła pojękiwać, majaczyć. Zero większego kontakutu z nią. 40,5 stopnia! Wsadziłam ją do wanny z "zimną" wodą, a Zosia nagle szczęśliwa, rozgadana, bawiła sie zabawkami ;) Po kąpieli ubrałam ją w sam podkoszulek i biegała po domu (pamiętam, że jak ja byłam mała i miałam taką gorączke- to bardzo pomagało mi chodzenie- ba! bieganie!) Czytaliśmy ksiązeczki, ja po 4 kawę wypiłam, a o 5 jak zasypiała to gorączka miała już tylko 37,3. Cały następny dzień miała jeszcze stany podgorączkowe, albo 38 stopni- bez żadnych ekscesów. Tej nocy też spała ze mną :) A z rana jak się obudziła i zobaczyła, że leży z mamą w łóżeczku to posłała mi najpiękniejszy uśmiech pod słońcem i dostałam najcudowniejszego buziaka pod tytułem: "MAMO!! ŻYCIE MI URATOWAŁAŚ!!".

Kolejną złą wieścią jest to, że moja babcia (jak się okazało) ma straszne problemy z sercem. Musi iść do szpitala- bo jak nie to lekarz powiedział, że grozi jej zawał :/ Ale ten "wredny babszty" ;) Papierosów nie chce rzucić i nie idzie jej przetłumaczyć, żeby przestała.

 

A ja? W miare możliwości biegam, ćwicze w domu, stosuję słynną dietę MŻ ;) Działa. I ja się czuje lżejsza, widzę ze szczupleję, ale napewno czuje się LEPIEJ- fizycznie, psychicznie. Mam taką świadomość, że robię coś dla siebie ;)

Aaaaa... No i wczoraj podjełam pierwsza w życiu próbę zrobienia ciastek! O ironio! CZEKOLADOWYCH ;) Masę zrobiłam. Do piekarnika wsadziałam. Ale mi się przypaliły ;/ Za drugim razem zrobiłam masę, a mąż PIEKARZ- CUKIERNIK :D hahaha dokończył i oczywiście jemu wyszły ;) Są cudowne! Jak ktoś chce przepis to proszę:

-250g magkaryny/ masła

-150g cukru

- 300g mąki pszennej

- 40 g kakao

-0,5 łyżeczki kawy rozpuszczalnej

- 1 łyżeczka proszku do pieczenia

- 0,5 łyżeczki sody

Wszystko razem wyrabiamy na masę (ja zaczynam mikserem a kończe rękami- tak mi wygodniej). Masa ma być taka "spójna", jakby mokra. Z tej masy robimy małe kuleczki i na blaszce rozpłaszczamy. Do piekarnika 170 stopni na 15 minut ;) Ale po 10 minutach zaglądajecie- bo tak jak było w przepisie- za pierwszym razem większości "początkującym" się przypala ;) haha

Mała rozrabaira też dostała swoje ciastko ;) Te jej szczęście w oczach jest nie do opisania. Bardzo jej smakują :)

 

Buziaczki kochane, kochani!! Miłego dnia!




Dodaj do:


Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto


Odpowiedzi moga dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto


Wasze komentarze

zgłoś
DOROTA wiÅ›niewska 15 marca 2012 DOROTA wiÅ›niewska napisała:

mała kojarzy mi się z moją 2 letnią Martynką też kombinatorka nie maluje paneli ale za to mazakiem ściany i paznokcie a uśmiech ma aniołka tylko charakter diabołka ...pozdrawiam


zgłoś
DOROTA wiÅ›niewska 15 marca 2012 DOROTA wiÅ›niewska napisała:

a przepis wypróbuję na pewno :):):)